Stowarzyszenie "Stop Manipulacji"
00-363 Warszawa, ul Nowy Świat 54/56 III piętro
e-mail: stopmanipulacji (at) tlen.pl


<<- Powrót do strony glównej

<- Poprzednia strona

 Nasze artykuły

Pedofilia. Litość i sceptycyzm

Jadwiga Mizińska

Ogromna wdzięczność należy się Redakcji "Tygodnika Powszechnego" za uczynienie "tematem tygodnia" problemu pedofilii. Pod wstrząsającym hasłem "pedofilia bez rozwiązań, bez litości" znajdujemy tam blok tekstów: Przemysława Wilczyńskiego, "Kastracja systemowa", rozmowę z profesorem psychologii, Kazimierzem Pospiszylem "Nie ma dobrej pedofilii" oraz opowieści skazanych za pedofilię "Po wyjściu chciałbym się leczyć". (TP, 2- 10 stycznia 2009).

Poruszenie tego "przeklętego problemu" w tak poważnym opiniotwórczym piśmie może dać początek prawdziwej dyskusji, która, miejmy nadzieję, sprowadzi do właściwych rozmiarów fenomen pedofilii i podniesie go z iście brukowego poziomu, na jakim dotychczas jest rozpatrywana w mediach (a za ich przykładem, także w codziennych rozmowach) na poziom Polaków - Europejczyków.

***

"Troska o dziecko jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka" - pisał Jan Paweł II. Zakładam, że u wszystkich, którzy, jak premier Donald Tusk, pedofilów uważają za "kreatury", które należy traktować jak "wściekle psy" (cytuję za ks. Adamem Bonieckim), głównym powodem braku dla nich litości jest owa troska. Obawa o własne i cudze dzieci, ich psychiczne i fizyczne zdrowie, poczucie bezpieczeństwa i niezachwianej ufności do dorosłych. Troska to praktyczny wyraz miłości. Ale czy miłość do dzieci może być wiarygodna, skoro głównym jej przejawem jest nienawiść? Nienawiść dla ich ? prawdziwych czy tylko domniemanych, albo wręcz urojonych - krzywdzicieli?

Nie można wszak zapominać, że nawet, gdy zarzut pedofilii zostanie stuprocentowo dowiedziony, a jego sprawca sam się do niego przyzna, pozostaje on naszym krewnym z ludzkiej rodziny. Mamy tutaj zresztą dwie możliwości: albo sprawca został bez własnej chęci wyposażony w jakiś fatalny gen, mówimy wówczas o pedofilii właściwej i w takim razie kwestia leczenia wysuwa się na pierwszy plan, zaś osąd moralny nie może być chyba skrajne surowy; albo też mamy do czynienia z pedofilią jako zachowaniem seksualnym o charakterze zastępczym (czyli nie wrodzona skłonność, ale perwersyjna rozrywka). W tym przypadku ocena moralna wypada niewątpliwie dużo bardziej surowo. Natykamy się tutaj jednak na inne niebezpieczeństwo. Możemy mianowicie mieć do czynienia z radykalnie zawyżoną oceną ilościową występowania tego zjawiska. Psycholog, profesor Pospiszyl powtarza pogląd, że teraz coraz częściej zachowań pedofilskich dopuszczają się nie starcy i nie samotni frustraci, którym się z kobietami nie powiodło, ale stateczni ojcowie rodzin. Mówi: "W tej chwili pedofil to najczęściej mężczyzna w sile wieku - albo zagubiony i w jakiś sposób niedostosowany do środowiska rówieśników, albo też przykładny mąż i ojciec, ze znakomitą opinią w rodzinie czy pracy. Można powiedzieć, że ta groźna skaza rozwoju społecznego zaatakowała tkankę społecznego porządku, która powinna mieć najbardziej solidną konsystencję". Wydaje się, że ten pogląd może opierać się na błędnych przesłankach. Zaryzykujmy myśl, że "jakaś groźna skaza zaatakowała tkankę społecznego porządku" mnożąc fałszywe oskarżenia o pedofilię. Stało się to na przykład modnym oskarżeniem przy rozwodach (niegdyś zły mąż bił dzieci, teraz molestuje). Daje się wiarę tym oskarżeniom. Skazuje się rocznie chyba ponad 1000 osób za czyny pedofilskie, kazirodcze, z czego być może znaczna część to błędy. A wtedy czyn pedofilski przypisuje się "przykładnemu mężowi i ojcu", co zniekształca statystyki, nakręca psychozę i prowadzi do kolejnych wyroków skazujących, bo opinie psychologów robione w oparciu o ten fałszywy portret są niekorzystne dla podejrzanych.

Powszechne potępienie pedofilii ostatnio jest tak bezwzględne, że zdaje się nawet przerastać moralną odrazę dla morderców. A przecież, w Dekalogu istnieje, i to jako naczelne, przykazanie "nie zabijaj", nie ma natomiast przykazania "nie uprawiaj seksu z nieletnim". Nie ma też zresztą nakazu: "nienawidź mordercy". Jest zaś przykazanie przykazań: "Kochaj bliźniego swego jak siebie samego". Chrześcijanin powinien chyba również pamiętać, że ma nienawidzić grzech a nie grzesznika. Czy sprawca czynu pedofilskiego tym samym przestaje być moim (i waszym) bliźnim? Siostra Faustyna zapewnia: "Bóg nikomu miłosierdzia swojego nie odmówi. Niebo i ziemia może się odmienić, ale nie wyczerpie się miłosierdzie Boże".

Społeczeństwo prawdziwie zatroskane o dobro dzieci, w tym o ich fizyczne i duchowe bezpieczeństwo, winno - jak się wydaje - przede wszystkim zastanowić się nad samym sobą. W szczególności nad tym, dlaczego jego reakcje na zjawisko pedofilii są aż tak skrajne, bezlitosne i nieubłagane. I zarazem zupełnie pozbawione krytycyzmu. Przyznajmy, iż pedofilia jest złem (nie tylko zresztą dla ofiary, ale również często dla sprawcy). Jak to się jednakże stało, że to - jak potwierdza profesor Pospiszyl ? odwieczne wśród ludzi zjawisko, nieomalże z dnia na dzień, zostało wyniesione do rangi przestępstwa największego, niczym nie dającego się usprawiedliwić, i które - w potocznej opinii - należy zlikwidować wraz z samym przestępcą? (Gdyby ogłosić w Polsce referendum, jakich przestępców należy karać śmiercią, podejrzewam, że pedofile konkurowaliby z mordercami). Czy pod płaszczykiem "świętego oburzenia" nie przemyca się tutaj innych, niźli czysto moralnych, motywów? Czy na przykład osoby publiczne gromiące rzeczywistych i domniemanych pedofilów nie powodują się tutaj nośnym medialnie stereotypem "wroga ludu" i zamiłowaniem do polowanie na czarownice: "Lud wszak kocha nienawidzić, podsuńmy mu ofiarę".

"Czarownice" to było pierwsze, najbardziej rozsławione, imię ofiar mechanizmu, który francuski antropolog kultury, Réné Girard, nazwał stereotypem "kozła ofiarnego". Wykazał on, w swoich cieszących się światowym uznaniem pracach, iż bez względu na epokę, ludzie sięgają do tej archeologicznej warstwy swego umysłu zawsze wówczas, gdy zbiorowość nazbyt się do siebie wewnętrznie upodabnia. Wskazanie wspólnego, wcześniej skonstruowanego stereotypu "wroga" ma w konsekwencji pobudzić "zdrową i niewinną" część społeczności do wytypowania spośród siebie osób, noszących "znamiona ofiarnicze". Na nie właśnie składa się występki całej zbiorowości, by je następnie zabić w nadziei, że od tej pory przywrócona zostanie harmonia i poczucie bezgrzeszności. Bardzo charakterystyczne przy tym, że nie każdy członek zbiorowości w równym stopniu nadaje się do tej roli. "Kozłem ofiarnym" może być tylko ktoś odbiegający od przeciętności . "Inny" pośród "swoich" pod względem wyglądu, zachowania, stylu życia.W przypadku średniowiecznych "czarownic" miały to być starsze, mieszkające samotnie kobiety, przygarbione, z haczykowatym nosem, Dobrze byłoby, gdyby jeszcze miały czarnego kota albo sowę. Pławione, topione , prześladowane, biedne kobiety padły ofiarą swych sąsiadów głęboko wierzących w ich "złe czary", a zarazem zapoczątkowały trwający po dziś dzień zwyczaj polowania na ludzi przez ludzi pod pretekstem, że napiętnowani stanowią śmiertelne zagrożenie dla piętnujących.

"Stereotyp wroga wewnętrznego" przez wieki wypełniany jest wciąż nowymi postaciami, a galeria nowych wcieleń "czarownicy" powiększa się bez końca. Chociaż figura "czarownicy" została wyszydzona przez Oświecenie, jej funkcję spełniają z równym powodzeniem coraz to inne ofiary nagonki. "Za Stalina" byli to na przykład "kułacy", "inteligenci w okularach", "lekarze szkodnicy", nie mówiąc już o "zgniłych burżujach". W czasach pierwszej "Solidarności" "decydenci", w stanie wojennym "solidaruchy", a w III Rzeczypospolitej, "komuchy". Tak zwana "IV Rzeczpospolita" spłodziła "przefarbowanych żydów", "tajnych współpracowników", "grupy trzymające władzę", "gejów". Kiedy i te stereotypy z różnych powodów się przedawniły, kiedy po wejściu do Unii Europejskiej, antysemityzm zaczął podlegać sankcjom prawnym, zaś geje podjęli akcję ujawniania swojej orientacji i walki o prawa dla mniejszości seksualnych, uwolniony potencjał "szlachetnej nienawiści" musiał sobie poszukać innej ofiary. Nie ugorował zbyt długo, bo oto znalazł obfitą pożywkę w stereotypie "pedofila" (katalizatorem okazała się tutaj sprawa Andrzeja Samsona). Rzecz nie w tym, że jako społeczeństwo jesteśmy wolni od donosicieli, interesownych i egoistycznych polityków czy też osób dokonujących nierządnych czynów na dzieciach (i dorosłych). Zdrowy rozsądek, a nade wszystko rozum podpowiada, że każdego człowieka łamiącego społeczne, moralne i prawne reguły współżycia należy osądzać pojedynczo, zakładając jego niewinność i dowodząc, na ile się da, faktu popełnienia przestępstwa czy występku. Tym się różni poczucie sprawiedliwości reprezentowane przez instytucje wymiaru sprawiedliwości od spontanicznego, dzikiego i histerycznego "polowania", z reguły kończącego się linczem; jeśli nie fizycznym, to moralnym. Jak oglądaliśmy to wielokrotnie na amerykańskich filmach, lincz jest formą wyżycia się zdziczałej agresji "białych" na "czarnych". Patrzyliśmy z obrzydzeniem na owe makabryczne, zborowe morderstwa (przeważnie sprowokowane posądzeniem że "czarnuch" zgwałcił "białą lady"); u wielu z nas w niczym to jednak nie kolidowało w aktywnym udziale w specyficznie polskich linczach. Przypomnijmy sobie niedawną "lustrację", której ofiarą padło mnóstwo osób, dzięki którym został obalony ustrój komunistyczny. Jednym pociągnięciem służalczego pióra zamieniała bohaterów w donosicieli.

Czyjaś nieposzlakowana opinia, dla - proszę wybaczyć dosadne określenie - sfory dziennikarzy węszących za "zła nowiną" stawała się wprost prowokacją do tego, aby ją zdezawuować i zniszczyć. Hate speach, język nienawiści, właściwy znanej już z Biblii, postaci nienawistnika, zamiast spotkać się z pogardą i obrzydzeniem, przyjął się jako niemal oficjalny sposób odnoszenia się do siebie obywateli naszego kraju. Można odnieść wrażenie, że obecna polska demokracja to nade wszystko - wolność wzajemnego opluwania, szkalowania, bezkarnego rzucania oszczerstw, kalumnii, pomówień niezbędnych do produkcji codziennej skandalizujących "newsów" (podnoszących niezawodnie wskaźniki oglądalności i ilości czytelników pism brukowych). Wolność słowa zatem przejawia się głównie jako wolność złego i nienawistnego, niszczycielskiego słowa; używania języka nie tyle do mówienia, co do opluwania. Wspólnym mianownikiem jest chęć wywyższenia siebie przez poniżenie innych. Zadziwiająca jest "kreatywność" dzisiejszych nienawistników w produkowaniu stereotypów wroga. To jednak, co zdumiewa (i przeraża) najbardziej, to fakt, iż ich, czytelnicy, widzowie i słuchacze mass-mediów, nie przejawiają odrobiny sceptycyzmu wobec kolejnych, pogrobowych wcieleń "czarownicy". Nie zauważają, jak coraz szybciej "żyda" wypiera "gej", a "geja" - "pedofil".

Wspomniany R. Girard, oprócz figury "kozła ofiarnego" pisze o symetrycznej do niego postaci "niewinnego baranka". Chodzi o to, że czasem wytypowany do roli ofiary, faktycznie jest winny występku, bywa jednak, że jest absolutnie niewinny. Zbiorowości powodowanej nieokreślonym lękiem, który szuka ujęcia agresji, w istocie jest wszystko jedno, na kim ową agresję wyładuje. Może to być, dosłownie pierwszy z brzegu. W tym ? i ów "niewinny baranek". Oskarżenie o pedofilię wyjątkowo nadaje się do tego, aby je rzucać na "pierwszych z brzegu", z jakichś względów odstających od szaroburej przeciętności. Nie trzeba go udowadniać, co gorsza - prawie nie sposób się przed nim bronić. Niebezpieczeństwo sądowych pomyłek jest tu zatem wyjątkowo duże. Szczególniej, że w atmosferze "polowania na pedofilów" taki zarzut staje się łatwym sposobem - jak już wspominałam - załatwiania rozwodowych porachunków, albo, szerzej, zdezawuowania, czy wręcz zniszczenia osobistego wroga.

***

Obecny "wysyp" pedofilów jest jednak tak ogromny, że można domniemywać, istnienie na jego zapleczu jakichś grup interesów. Podejrzenie to potwierdza książka "Molestowanie pamięci" Barbary B. Gujskiej, która dzieli się w niej swoją praktyczną wiedzą dotyczącą oskarżeń o różne formy przemocy seksualnej. Oprócz niewątpliwie dowiedzionych, osądzonych i ukaranych pedofilów, jako psycholog działający w Sekcji ds. Zagrożeń Psychologicznych i Psychomanipulacji przy Polskim Towarzystwie Higieny Psychicznej, w trakcie analizowania opinii powoływanych przez sądy biegłych psychologów stwierdziła, iż opinie te nader często bywają stronnicze i niekompetentne, jak również oparte na nierzetelnych i dowolnie interpretowanych testach (zwłaszcza tak zwanych testach projekcyjnych). Co gorsza, odkryła, że nierzadko posługują się oni, zdemaskowaną już na Zachodzie, metodą "Indukowania Fałszywych Wspomnień" polegającą na tym, że psycholog, względnie psychoterapeuta, posługując się na przykład hipnozą, "wmawia", "wmusza" pacjentowi, że w dzieciństwie był molestowany przez dorosłego. W Stanach Zjednoczonych na początku lat 90-tych rodzice fałszywie oskarżani przez swoje dzieci utworzyli "Fundację Syndromu Fałszywej Pamięci" (False Memory Syndrome Foundation) i skarżą terapeutów o wywoływanie takowej indukcji wspomnień urojonych. Wraz z psychologiem dr Tomaszem Witkowskim, dr Gujska działa w placówce, której celem jest analiza orzeczeń biegłych psychologów pod kątem ich wiarygodności, tym bardziej, że sąd zdaje się przykładać więcej uwagi do tych opinii niż do faktów, czyli dogłębnego badania okoliczności domniemanego nierządnego czynu. Pokazuje też, iż "polowanie na pedofilów" to tylko część "kultury ofiary" i - jak to określa - "psychobiznesu" związanego z psychoanalizą i "indukowaniem pamięci". Należy zauważyć, że zdaniem autorki jest to jeden z najbardziej niebezpiecznych odłamów światopoglądu określanego umownie jako "New Age", będącego - ujmując rzecz w wielkim skrócie - wielkim zagrożeniem dla chrześcijaństwa i cywilizacji europejskiej (w tradycyjnej kulturze rodzice są opoką dla dzieci, tutaj zaś są największym zagrożeniem dla dzieci). Jeden z paragrafów "Molestowania pamięci" nosi też, odnoszący się do oskarżonych o pedofilię, znaczący tytuł: "Krzywdziciele, czy ofiary zbiorowej psychozy". Problem pedofilii ma bowiem dwa oblicza: jedno - to niepowetowana krzywda prawdziwych ofiar, drugie zaś - niepowetowana krzywda niesłusznie oskarżonych. Piętno "pedofila", nawet gdy nastąpi uniewinnienie, jest praktycznie niezmywalne i może złamać los nie tylko pomówionym, ale i ich rodzinom.

Proponuję więc, aby dyskusję nad zjawiskiem pedofilii rozszerzyć o problem mechanizmów generujących różne stereotypy "publicznego wroga" i o pytanie: "Czy agresja wobec niesłusznie oskarżonych o pedofilię nie jest czymś równie złym, i niszczycielskim, jak krzywdy, które rzeczywiści pedofile wyrządzają swoim prawdziwym ofiarom?". Ktoś może powiedzieć: "Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą". Pomijając głęboko niechrześcijański wydźwięk tego przysłowia, może się okazać, że prawdziwych drew było mało, a wiórów bardzo dużo.